Przeglądanie Kategorii

Lifestyle

Lifestyle

Cracovia półmaraton królewski 2017- moje wrażenia, krótka relacja z biegu

Na start w tym biegu zdecydowałam się bez większych rozmyślań, 3 miesiące wcześniej. Zawsze marzyłam o tym, żeby pobiec w Krakowie! To miasto jest dla mnie magiczne, urokliwe, bardzo lubię tu wracać. Trasa wyznaczona w centrum miasta, m.in. wzdłuż Wisły, z metą na stadionie Tauron Arena –  coś genialnego! Przygotowania pod bieg niestety nie były u mnie dość intensywne, regularnie trenuję siłowo, funkcjonalnie ok. 3 razy w tygodniu i to się nie zmienia, jednak z bieganiem było różnie, czasem raz w tygodniu wpadło ok. 7 km, kiedy indziej udało się zrobić 2 treningi biegowe z porównywalnym dystansem (ale rzadko:-p). W ostatnim miesiącu biegałam bardziej systematycznie – minimum 2 razy w tygodniu. Przed startem czułam jednak większy stres niż ekscytację. Obawiałam się kontuzji, bo wiedziałam, że przygotowanie powinno być solidniejsze. Moja głowa tworzyła same czarne scenariusze. Duże emocje. Czułam się jak przed egzaminem.
Bieg startował o 11.
Przed Tauron Arena było już tłumnie po 9, później systematycznie biegaczy i kibiców tylko przybywało.
Po 10.30 organizator przywoływał uczestników, aby zajmować już miejsce w swoich strefach czasowych. Trwała wspólna rozgrzewka. Wtedy było mi już wszystko obojętne 🙂 Była tylko ciekawość – jak będzie, radość, że mogę biec głównymi ulicami miasta. Atmosfera była świetna! Muzyka, tłum kibiców.
W końcu start! Biegniemy razem z Kasią 🙂
Trasa na początku przyjemna, pierwsze 5 km szybko było za nami. Kolejne kilometry utrudniało tylko piekące słońce – to była bardzo ciepła niedziela, jak na połowę października! Na każdym punkcie odżywczym (a było ich wiele, świetna organizacja!) łapałam wodę. Ucieszyłam się, gdy wbiegliśmy na Bulwary Wiślane – piękne widoki na panoramę miasta, znajome miejsca. Cieszyłam się tym, w słuchawkach grał Grubson, a ja biegłam w stałym tempie. Po ok. 13-14 km czułam coraz większy upał, siły trochę mniej. Zrobiło się gorąco, nogi momentami jakieś ciężkie. Trasa zróżnicowana, dość dużo podbiegów. Na ok. 17-18 km minął mnie pacemaker z czasem na 1:50h. I choć nie miałam żadnych założeń czasowych na starcie, chciałam po prostu dobiec na metę bez kontuzji, to w tym momencie włączyła mi się rywalizacja. I pomyślałam, że fajnie by było utrzymać jego tempo, więc niewiele myśląc podążyłam za nim. Przyspieszyłam, ale nie na długo. Sił mi brakło, nogi zrobiły się jak z waty. A tu dopiero 19 km! To był moment, kiedy trzeba było stoczyć walkę z sobą. Biegłam wolno, ale równo, wiedziałam, że nie chcę się zatrzymać, bo będzie tylko gorzej znowu biec. Robiło się ciężko. Gdzie ta meta?! Ostatnie 300 m przed stadionem, tłum kibiców, a ja nic nie widziałam i nie słyszałam. Biegłam tylko przed siebie, chciałam już tam być. Wbiegam na stadion, a tam niesamowita atmosfera, światła, muzyka. Wzruszenie. Jestem na mecie. Nie wierzę!
Czas – 1:59h!
Dochodzę do siebie, łapię równowagę. Dostaję medal.
Mega radość!
Mam to! Zrobiłam to!
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Kolejny raz dostaję lekcję:
wierz w siebie i nigdy nie przestawaj 🙂